Papryka z poetami w tle

Jarosław Żukowicz

Pozwólcie Państwo, że niniejszy jesienny felieton, zacznę od wiosny. Wykażcie chwilę cierpliwości, a sprytnie owe pory roku powiążę. Otóż wiosna to taka pora, kiedy poeci, wmawiają nam, że kraj ojczysty pachnie kwieciem jabłoni, wonie pól i łąk otaczają nas ze wszech stron, a aromat krokusów od Tatr do Bałtyku się niesie. No dobra, ci faceci dosiadłszy swych Pegazów mogą galopować po nieboskłonie fantazji, niech im tam. Ja natomiast postawię tezę łatwo sprawdzalną, że Polska wiosną pachnie grillem. Ale gdzieś  początkiem jesieni (ot i do niej doszliśmy) zapach pieczonych na grillu potraw pełznący z sąsiedzkiej działki zamiast nęcić - zniesmacza i jesteśmy gotowi przyjąć zaproszenie na występ chóru mieszanego w repertuarze polskich madrygalistów, byle tylko wyłgać się przed zaproszeniem na kolejną biesiadkę przy grillu. Rzucamy więc grillowy sprzęt w kąt, gdzie przyjdzie mu czekać nowej wiosny. 

 

Teraz będzie o Kolumbie, co to postanowił sobie coś odkryć i rzeczywiście odkrył Amerykę. Niektórzy, z dzisiejszej perspektywy patrząc, twierdzą, że na czorta nam to było, ale ja dostrzegam  w tym poważny plus, a nawet plus dodatni. Wszak gdyby nie pętający się po morzach Pan Krzysztof nie mielibyśmy na naszych stołach … papryki. I tak oto doszliśmy do meritum albowiem to ona jest naszym dzisiejszym bohaterem. Ale żeby wszystko w tekście się wiązało musimy teraz połączyć paprykę z grillem. Da się to zrobić najzwyczajniej, poprzez położenie papryki na grillu. Przy okazji sama zaczyna się nam udowadniać teza, że pośpieszny rozwód z grillem wskazany nie jest. Wystarczy bowiem wrzucić nań coś innego niż mięsiwo, a znowu zrobi się ciekawie. A i zdrowo, co nie bez znaczenia.
 

O tej porze roku całe Bałkany pieką paprykę i bakłażany, duszą cebulę i pomidory. Dla mnie ten region to właśnie takie zapachy. Wiedzą oni co czynią i nie darmo bałkańska kuchnia uważana jest za jedną ze zdrowszych na świecie. Więc jak wam jeszcze cierpliwości starcza, to na tym samym grillu podpieczcie bakłażana i cebulę. Niczego wcześniej nie obierając. W garze podduście pomidory doprowadzając je do stanu gęstej pulpy. Potem już tylko musicie obrać warzywa z grilla, dodać do pomidorów, uzupełnić pieczoną papryką uważając by stanowiła w mieszance nie mniej niż połowę i wszystko razem zmiksować. Ja lubię klasyczną jednolitą dobrze roztartą konsystencję, są też wielbiciele grubszego mielenia jednego lub wszystkich składników. Kwestia gustu. Toż samo tyczy się ostrości i przypraw. Czosnek wskazany, czubrica, kminek, bazylia mogą być, bez soli i cukru raczej się nie obęjdzie, choć w niewielkich ilościach. Wszystko podlewamy olejem słonecznikowym i poddajemy procesowi duszenia – smażenia w garze. Proporcji nie podaję, bo to soczystość i pomidorów, i papryki za każdym razem różna.  Bułgar, w każdym razie, będzie dusił wszystko dopóki nie dostrzeże, że potrawa powolutku ale skutecznie niweluje ślad łychy, którą się w niej miesza. Potem na gorąco przekładamy z gara do słoików, które stawiamy na pokrywkach, przykrywamy ściereczką, jak ostygną próbujemy czy pokrywki się zassały i gotowe. Dla ścisłości dodam, że w ten oto sposób przyrządziliśmy słynną bułgarsko – serbską lutenicę.  (Uwaga: słowo luta oznacz w bułgarskim ostra, więc nie należy stronić od udziału ostrej papryczki w całym przedsięwzięciu). Sos to wielozadaniowy, wielofunkcyjny. Jadać można go na zimno i na gorąco. Pasuje do mięs, ryb, a nawet serów. Duszona w nim fasola jest rewelacyjna i stosunkowo, dzięki właściwościom trawiennym składników lutenicy, lekkostrawna. A taki na przykład tradycyjny polski naleśnik ze słodkim serem polany nią to czysta fantazja słodko – ostro - warzywnych smaków. W zasadzie bałbym się ją dodawać tylko do tortu bezowego. Ale jabłko do szarlotki spróbuję nią zaprawić. Wyniki podam. Może zostanę Einsteinem polskiego cukiernictwa.

 

No to na koniec trzeba by jakoś powiązać paprykę z poetami, o których było na wstępie. Ale o ile paprykę znam i lubię to z poetami jest u mnie jakby odwrotnie. Tak sobie jednak myślę, Drodzy Państwo, że jak już papryczkę pieczoną albo lutenicę sobie przyrządzicie, jak do niej siądziecie, to w każdym z was zrodzi się chęć przemożna napisania co najmniej sonetu albo nawet  i ody do papryki.

 

Wszystkiego smacznego.

No więc wrzucamy paprykę. Kolor, wielkość i kształt dowolne, dojrzałość konieczna.  Oczywiście umytą. Znawcy twierdzą, że warto przetrzeć ją szmatką namoczoną octem (winnym!), albo octem skropić, aby skórka nie dawała goryczki. Nie stosuję tego, ale jak kto lubi…Ważne by papryki były całe. Jak potniemy na kawałki stracimy sok, a zaręczam, że szkoda to ogromna. Opiekamy ostrożnie, powiedziałbym – wędzimy podpiekając i bardzo uważamy by opalić skórkę a nie przypalić paprykę. Cierpliwość wskazana. Niech się nasącza dymkiem, niech się w środku gotuje, niech mięknie i kruszeje aż do granicy lekkiego sflaczenia nawet, ale ani kroku dalej. Gdy się już równomiernie opiecze, zdejmujemy, czekamy by przestygła (ale nie wystygła!) i obieramy ze spalonej skóry. Dopiero teraz wycinamy środek z pestkami uważając by zebrać soki z wnętrza. Układamy w słoiku w całości lub kawałkach. Zlewamy sok i zalewamy oliwą, albo, co wolę, olejem słonecznikowym. Możemy dodać ząbki czosnku, bazylię, ostre papryczki, ale niekoniecznie. Zakręcamy słoik i gotowe. Jeśli dobrze przypiekliśmy paprykę pasteryzacja nie będzie potrzebna. Jak mamy wątpliwości, możemy krótko spasteryzować. Acha, nie solimy, a już absolutnie nie dosładzamy. Sama w sobie będzie wystarczająco słodka od karmelizacij soku.  Zbytniej filozofii w tym nie ma choć troszkę popracować przy obieraniu trzeba. Za to w paskudną jesienną szarugę czy zimowe chłody odkręciwszy nasz słoiczek wracamy rozkosznie do późnoletnio - jesiennych ciepłych dni. A nasza papryka może być daniem samodzielnym, dodatkiem w charakterze jarzynki, elementem sałatek, nieźle poczuje się w jajecznicy, nie wzgardzi udziałem w gulaszu, a pomidorowej przyda nowych rumieńców.